Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą film. Pokaż wszystkie posty
niedziela, 6 listopada 2016
"Smoleńsk" w Niemczech nie będzie wyświetlany
Berliński dziennik "Tagesspiegel" opisuje zabawne perypetie ambasady pisowskiej w Berlinie z pokazem filmu "Smoleńsk", który został nazwany przez prasę niemiecką "propagandowym filmem rządu PiS".
Ambasador Andrzej Przyłębski nie znalazł żadnego kina w Berlinie, które chciałoby wyświetlić tego gniota.
Największe sieci kin w Niemczech zapowiedziały, że "Smoleńsk"nie zostanie u nich pokazany. Na razie Przyłębski spasował, ale zapowiedział tajemniczo: "wdrożenie odpowiednich kroków".
Czyżby Macierewicz ze swoimi szwejami miał przybyć do Berlina?
Niemcy mają naprawdę uciechę, takiego kabaretu dawno nie miała tamtejsza prasa, która jako żywo opisuje zidiocenie polskiej dyplomacji.
W "Tagesspiegel" Jan Schulz-Ojala pisze, iż "żałoba prezesa PiS Jarosława Kaczyńskiego stała się przedziwną racją stanu".
Prawdopodobnie w całych Niemczech nie zostanie wyświetlono "Smoleńsk", nawet za dużą opłatą i wysoką ceną za ochronę.
Niemcy widzą zidiocenie PiS, ale nie chcą aby za idiotów uważać wszystkich Polaków. Żałosny Kaczyński i jego Macierewicz zrobili z kraju pośmiewisko, jakiego dawno nie widziano.
Kabaret smoleński z wampirami tudzież zombie.
Więcej >>>
piątek, 28 października 2016
Gniota "Smoleńsk" pokażą w Berlinie. Wstydem dla Polski jest taki propagandowy kicz
Socrealistyczne dzieło made in PiS "Smoleńsk" będzie propagował w Berlinie "smoleński zamach".
Pokazu pisowskiej propagandy podjęła się ambasada, która wynajęła ważne eksluzywne kino w stolicy Niemiec.
Ambasadorem w Niemczech jest niejaki Andrzej Przyłębski, mąż szykowanej przez PiS na szefową Trybunału Konstytucyjnego, Julii Przyłębskiej.
A więc wiemy, jakiej to konduity amoralne pisowskie ziomale.
Znowu będą ośmieszać Polskę ludzie bez klasy. Tak nam upodlają ojczyznę, Przyłębscy.
"Smoleńsk" jest reklamowany jako prawdopodobny przebieg wydarzeń 10 kwietnia 2010 roku.
No to będzie kolejny kabaret, ale zagranica już się tym znudziła, machnęła ręką na niewydarzeńców PiS. My, w kraju musimy to załatwić, przepędzić tych zamordystów pokroju ukraińskiego Janukowycza, bo sprawią nam łaźnię.
Więcej >>>
wtorek, 6 września 2016
Ziobro oddaj mandat i stosuj prawo! Smoleński gniot
Wniosek Platformy Obywatelskiej o rozwiązanie ONR jest logiczny, a w przyszłości - gdyby Zbigniew Ziobro nie nadał mu biegu prawnego - będzie oskarżeniem przeciw prokuratorowi generalnemu i ministrowi sprawiedliwości, a także przeciw władzy PiS.
Bo prędzej, czy później ONR uderzy. To jest pięść PiS, która na razie wygraża i turbuje. Taki motłoch ma w genach wspisane - uderzy.
ONR ma na sumieniu nie tylko groźby, popychania i plwanie pod gdańską bazyliką, ale też w innych miejscach protestu KOD.
Znam przynajmniej jeden przypadek, gdy narodowcy weszli przed manifestujący KOD i tylko spokój tych ostatnich nie doprowadził do groźnych ekscesów.
Ale to minie, bo ONR ma przyzwolenie PiS. Nie mam dowodu, że działają za umową pisowców, ale wiele świadczy, że tak jest. Dowody to tylko kwestia czasu.
Ponadto PO i Nowoczesna składają inny wniosek do marszałka Sejmu o wygaszenie mandatu poselskiego Ziobry, który nie powinien łączyć funkcji prokuratora i posła.
Tak chce prawo. Lecz mamy obowiązujące bezprawie. A może Marek Kuchciński zechce respektować literę i ducha prawa? Co? Wiem, że to banialuka.
Odnotowuję premierę "Smoleńska".
I słowa recenzentki portalu gazeta.pl, Wiktorii Beczek o fabule: "Rosjanie są pijani, dziennikarze cyniczni, a ekspercu sprawiają wrażenie szalonych".
Mam więc trzy pytania:
a) czy chodzi też o gen. Andrzeja Błasika (pijaństwo),
b) czy Sakiewicz jest bardziej cyniczny od braci Karnowskich,
c) Binienda i pozostali eksperci (nie zawsze pamiętam ich nazwiska) mają żólte papiery?
Więcej >>>
wtorek, 23 sierpnia 2016
Gliński znowu skoczył bez kasku do basenu bez wody. Wyszedł z niego Roch Kowalski
Z ministrem kultury prof. Piotrem Gliński jest techniczny kłopot. Mianowicie z dotychczasowych wypowiedzi i jego zachowań wynika, iż nie wie, do czego kultura służy, czym jest i jak układają się hierarchie wśród ludzi kultury, w elicie - bo tak należy nazwać twórców.
Ludzie sztuki to jest elita w przeciwieństwie do polityków, którzy w ogromnej większości są niedoróbkami.
Gliński niby wiedzę tę powinien posiadać, bo brat Robert to świetny reżyser, ale to starszy brat i może u Piotra występować syndrom młodszości, niedojrzałości, który to kształtowany przez kompleksy odzywa się w pomówieniach gorszego. W Polsce niestety takie niedoróbki lądują w polityce.
I chyba tak jest. Lecz nie jestem psychoalitykiem, Gliński od samego początku jawi się, jako minister antykultury, który wyznaje zasady leninowskie, w tym całkiem słynną: "Kino jest najważniejszą ze sztuk", ale to było w czasach Eisensteina, Pudowkina, kiedy magia ruchomych obrazków obezwładniała ciemny lud.
Dzisiaj Gliński pogniewał się na to, że przez selekcję festiwalową nie przeszedł film o żołnierzach wyklętych "Historia Roja". Ma pretensje do organizatorów festiwalu w Gdynii za tę "niesprawiedliwość", dopatrując się polityki.
Gdyby obok mnie był Gliński, to spytałbym go: ileś razy upadł na głowę? Jak skaczesz do basenu bez wody, to przynajmniej nałóż na łepetynę kask.
W sztuce filmowej, w literaturze, w ogóle w sztuce, nie ma czegoś takiego jak selekcjonowanie wg politycznych potrzeb.
Filmu wspomnianego oczywiście nie widziałem, bo wejdzie dopiero na ekrany, ale to znaczy, że jest gorszy niż gorsze. Bo dopuszczający musieli mieć świadomość, że władza PiS do takich tematów przywiązuje szczególną uwagę. Organizatorzy dzięsieć razy film obejrzeli i gniota nie mogli nawet dopuścić warunkowo, bo musi być szczególnie nieudany.
Można sobie wybrazić, jaki czeka nas hurgot patriotyczny, gdy gniot o "Smoleńsku" wejdzie na ekrany, a krytycy nie zostawią na nim suchej nitki.
Gdyby złe filmy zamieniały się, jak powtórki idioctw w historii, w groteskę, to Lech Kaczyński w "Smoleńsku" byłby tylko klownem, a tak wyjdzie z niego idiota.
Jak wyszedł z Piotra Glińskiego, którego jego rodzony brat Robert opisuje frazą: "Mój brat idiota".
A metafora "skoczyć bez kasku do basenu bez wody" jest jak Zagłoby, który takim Glińskim, Rochom Kowalskim, mówił, że nie mają oleum pod czupryną.
Więcej >>>
wtorek, 2 sierpnia 2016
Ziobro zezwala niszczyć nagrobki
Zbigniew Ziobro zezwolił na niszczenie nagrobków, bo tym jest żądanie ministra sprawiedliwości, aby zwolnieni zostali z aresztu dwaj młodzi ludzie, zatrzymani za namalowanie czerwonej gwiazdy i napisu "Kat" na nagrobku Bieruta.
Policja zatrzymała, Ziobro zwolnił. Czyli w Polsce niepotrzebna jest policja, bo nie może walczyć z przestępcami.
Tym samym Ziobro pozwala przestępcom na niszczenie innych nagrobków, byle im nie podobał się zmarły.
Ziobro nie ma jeszcze nagrobku, ale ma jego ojciec, ma także brat prezesa PiS, Lech Kaczyński.
Byle mieć negatywne emocje, farbę i chęć czynu niszczącego - to jakieś nowe rozumienie prawa i działanie państwa prawa.
Tak działa bezprawie PiS.
Wyznaczona została premiera innego zakłamania, o wiele gorszego, smoleńskiego. Premiera filmu "Smoleńsk" odbędzie się 9 września.
Więcej >>>
środa, 23 marca 2016
"Smoleńsk": Wszyscy żyjemy w paranoi prezesa
Andrzej Saramonowicz zna się na branży filmowej, jak mało kto. A przy tym to świetny, niezwykle inteligentny filmowiec, o czym świadczą jego filmy (nie dla ubogich).
Saramonowicz wyjaśnia, dlaczego wstrzymano premierę "Smoleńska" Antoniego Krauze. W tłumaczeniu na język bezpośredni: wstrzymał Jarosław Kaczyński.
Czyli prawdą jest, iż na zamkniętym pokazie wyszedł z prezentacji "Smoleńska" i powiedział, że nie tak było.
A jak?
Prezes wie. Bo ma być tak, jak on sobie wyobraża. Jeszcze mniej zdrowo. I to jest clou pisowskiej "Dobrej Zmiany".
Wszyscy żyjemy w paranoi prezesa.
Więcej >>>
Saramonowicz wyjaśnia, dlaczego wstrzymano premierę "Smoleńska" Antoniego Krauze. W tłumaczeniu na język bezpośredni: wstrzymał Jarosław Kaczyński.
Czyli prawdą jest, iż na zamkniętym pokazie wyszedł z prezentacji "Smoleńska" i powiedział, że nie tak było.
A jak?
Prezes wie. Bo ma być tak, jak on sobie wyobraża. Jeszcze mniej zdrowo. I to jest clou pisowskiej "Dobrej Zmiany".
Wszyscy żyjemy w paranoi prezesa.
Więcej >>>
środa, 9 marca 2016
"Smoleńsk" Guido Krauzego może być sukcesem, jaja jak berety. To więcej niż Bareja, to Begnini. Oskar!
Nieprawdą jest, że Stanisław Bareja nie żyje!
Żyje!
Nazywa się Antoni Krauze, właśnie zrealizował film "Smoleńsk", który to będzie się ścigał z komisją Macierewicza. Groteska, czy kabaret?
Film bankowo osiągnie sukces, bo kto nie chciałby oglądać Barei, jego kpiny, parodii, burleski z tematu tak tragicznego, jak katastrofa smoleńska.
Krauze to nawet więcej niż Bareja, który przecież nie dostał Oscara, to Roberto Begnini, który dostał Oskara, a jego "Życie jest piękne" traktuje o obozie koncentracyjnym - i też jest śmieszno.
Krauze, jak Guido w filmie Begniniego, opowiada inną rzeczywistość, niż jest, acz z małymi wyjątkami, bo np. Jerzy Zelnik w filmie i w życiu był/jest agentem.
Guido Krauze już może zacierać ręce, bo film zostanie zgłoszony do Oskara, gdyż polskie władze branży filmowej są pisowskie.
Nie wierzę, aby ktokolwiek na świecie i spełna rozumu treść "Smoleńska" przyjął jako świat przedstawiony.
Nie! To groteska, która uderza w PiS. Tylko tak można przyjąć formę i treść filmu. Absurd z krainy PRL-u.
Bo PiS to przeniesiony PRL do dzisiaj. To skansen minionego reżimu. I tak będą odbierali ten film na świecie.
I to może być sukcesem Guido Krauzego. Wyszło mu na odwrót. Ten film stanął na głowie, tak jak PiS stoi na głowie.
Sens i rozum są daleko - na antypodach. Ale jaja. Gdy stanie się na głowie, jaja są jak berety. Tak zrealizował "Smoleńsk" Guido Krauze.
Więcej >>>
czwartek, 31 lipca 2014
100 lat Luisa de Funes'a
Równo sto lat temu - 31.07.1914 - urodził się geniusz komedii francuskiej, Luis de Funes. Coraz lepiej się go ogląda o zaczyna doceniać!
czwartek, 27 lutego 2014
Przekażcie realizację "Smoleńska" Pasikowskiemu
Polski Instytut Sztuki Filmowej nie przyznał dotacji 5,5 mln na produkcję filmu mityzującego jedno z najważniejszych w ostatnich latach zdarzeń w życiu społecznym i politycznym kraju.
"Smoleńsk" w realizacji Antoniego Krauzego - bo o nim mowa - od samego początku ma konotacje jednostronnie polityczne, co samo w sobie nie dyskwalifikuje przedsięwzięcia, temat jednak w polityczną walkę, dzieli Polaków, jak rów, który wykopali politycy, a Krauze nie przeprowadza jego melioracji, a wręcz pogłębia.
Nie bez znaczenia jest, iż scenariusz był pisany pod tezę, a główny scenarzysta Marcin Wolski nawet się wycofał z pisania, gdyż uznał, iż tekst nie jest profesjonalny.
Reżyser obrazu wystarczająco dużo powiedział przed jego powstaniem, aby mieć słuszne obawy, że dzieło nie będzie miało wiele wspólnego z rzeczywistością i wiedzą o tym zdarzeniu.
O scenariuszu można przeczytać w mediach. A jest publicystyką szytą w mistycznym przeświadczeniu, że duchy pomordowanych Polaków w 1940 roku spotykają się z duchami "poległych" w 2010.
A tak naprawdę spotkały się niezawiniona tragedia katyńska ze wzmożeniem wyborczym roku 2010. Tragedia spotkała się z trywialnością polityczną, choć ta ostatnia okazała się ostatecznie hekatombą.
Tak można - a pewnie należy - spojrzeć na Katyń i Smoleńsk. Wówczas kroi się zupełnie inny gatunek narracji: tragifarsa.
O czym jakiś czas temu mówił Juliusz Machulski. Dziwne, iż Krauze nie dojrzał fałszywego brzmienia wybranej przez siebie narracji. Nie jest przecież reżyserem z pierwszej łapanki.
Powodem jest jednak jego polityczne zaangażowanie. Z podobnym problemem spotkał się Władysław Pasikowski przy realizacji "Jacka Stronga". Potrafił jednak wybrnąć, chociaż obraz nie należy do wybitnych, to jest dziełem wartościowym i artystycznie nie musi się go wstydzić.
Bardzo ważne tematy, jak Smoleńsk, które dostają się do rąk twórców zaangażowanych jednostronnie politycznie, zwykle kończą się dziełem określanym, jako gniot.
Mam swój prywatny apel. Przekażcie realizację "Smoleńska" Pasikowskiemu. Potrafi wybrnąć z takich trudnych politycznie tematów, jak to uczynił w "Pokłosiu" i we wspomnianym filmie o Ryszardzie Kuklińskim.
Więcej >>>
poniedziałek, 12 sierpnia 2013
Film Wajdy o Naszym Współczesnym - o tobie i o mnie
Jarosław Wałęsa ma całkowitą rację, iż film o naszym współczesnym, czyli jego ojcu, powinien powstać, gdy wszystko się ucukruje. Dotyczy to jednak jego sytuacji, a szczególnie Lecha Wałęsy.
Sztuki narracji są jednak głównie od tego, aby o współczesnych mówić ekspresją właściwą dla ich czasu. Abyśmy spojrzeli na siebie oczami współczesnych na siebie, aby nas opowiedzieli ci, którzy potrafią opowiadać. Którzy potrafią sądzić, potrafią porzucić uprzedzenia. Potrafią to, czego innym nie starcza.
Nie może to być słuszny obraz, odpowiadający bohaterom opowiadanej historii, bo takie obrazy są zwykle kiczem, laurką. A ten film jest o naszym współczesnym, a w zasadzie o Naszym Współczesnym, bo tak naprawdę Lech Wałęsa jest zbiorowym bohaterem. Jest lustrem, w którym podobamy się sobie, jest lustrem Stendhala na gościńcu naszej współczesności, jest także krzywym zwierciadłem, gdy spojrzymy na siebie z boku, gdy wzburzymy taflę tego zwierciadła swoimi emocjami, bądź innych.
Wałęsa to ja i ty. Z całym bagażem sukcesów i zaprzepaszczeń, z bagażem trafnych decyzji i głupkowatych rozwiązań. Nie chcę napisać, iż Wałęsa to Polska, raczej: Wałęsa to Polacy. Takim lider Solidarności nie był jednak w 1980 i 1981 roku, takim nie był w roku 1989, ani zaraz po Okrągłym Stole. Dlatego dobrze się stało, że wówczas nikt nie zrobił jakiejś hagiografii. Wałęsa wówczas reprezentował niektórych, ale dzisiaj jest już inaczej. Wałęsa to Nasz Współczesny: ty i ja.
Prawica odrzuci film, bo ma swoje interesy polityczne, ale Nasz Współczesny będzie także reprezentował poszczególne osoby z tamtej strony podziału politycznego.
Dobrze się stało, iż film zrealizował Andrzej Wajda, a scenariusz jest pióra Janusza Głowackiego, bo ci narratorzy gwarantują nieodmiennie wysoki poziom, acz Wajda nie jest w takiej formie, jak był, gdy stawał za kamerą, aby zrobić "Popiół i diament", czy "Wszystko na sprzedaż".
Następni narratorzy będą musieli się odnosić do dzieła Wajdy, a to podniesie odpowiednio wysoko poprzeczkę. Więc Jarosław, syn Lecha, niech zbytnio się nie martwi. Na starość obejrzy narrację o swoim ojcu i też będzie kręcił nosem. Film o Naszym Współczesnym winien wzbudzać emocje - teraz i potem, bo świadczy o tym, że nie jesteśmy zadowoleni, że musimy masę rzeczy poprawiać. To są nasze lustra, w których powinniśmy się przeglądać, aby nie popaść w stagnację. W pogodzenie, w martwotę.
Sztuki narracji są jednak głównie od tego, aby o współczesnych mówić ekspresją właściwą dla ich czasu. Abyśmy spojrzeli na siebie oczami współczesnych na siebie, aby nas opowiedzieli ci, którzy potrafią opowiadać. Którzy potrafią sądzić, potrafią porzucić uprzedzenia. Potrafią to, czego innym nie starcza.
Nie może to być słuszny obraz, odpowiadający bohaterom opowiadanej historii, bo takie obrazy są zwykle kiczem, laurką. A ten film jest o naszym współczesnym, a w zasadzie o Naszym Współczesnym, bo tak naprawdę Lech Wałęsa jest zbiorowym bohaterem. Jest lustrem, w którym podobamy się sobie, jest lustrem Stendhala na gościńcu naszej współczesności, jest także krzywym zwierciadłem, gdy spojrzymy na siebie z boku, gdy wzburzymy taflę tego zwierciadła swoimi emocjami, bądź innych.
Wałęsa to ja i ty. Z całym bagażem sukcesów i zaprzepaszczeń, z bagażem trafnych decyzji i głupkowatych rozwiązań. Nie chcę napisać, iż Wałęsa to Polska, raczej: Wałęsa to Polacy. Takim lider Solidarności nie był jednak w 1980 i 1981 roku, takim nie był w roku 1989, ani zaraz po Okrągłym Stole. Dlatego dobrze się stało, że wówczas nikt nie zrobił jakiejś hagiografii. Wałęsa wówczas reprezentował niektórych, ale dzisiaj jest już inaczej. Wałęsa to Nasz Współczesny: ty i ja.
Prawica odrzuci film, bo ma swoje interesy polityczne, ale Nasz Współczesny będzie także reprezentował poszczególne osoby z tamtej strony podziału politycznego.
Dobrze się stało, iż film zrealizował Andrzej Wajda, a scenariusz jest pióra Janusza Głowackiego, bo ci narratorzy gwarantują nieodmiennie wysoki poziom, acz Wajda nie jest w takiej formie, jak był, gdy stawał za kamerą, aby zrobić "Popiół i diament", czy "Wszystko na sprzedaż".
Następni narratorzy będą musieli się odnosić do dzieła Wajdy, a to podniesie odpowiednio wysoko poprzeczkę. Więc Jarosław, syn Lecha, niech zbytnio się nie martwi. Na starość obejrzy narrację o swoim ojcu i też będzie kręcił nosem. Film o Naszym Współczesnym winien wzbudzać emocje - teraz i potem, bo świadczy o tym, że nie jesteśmy zadowoleni, że musimy masę rzeczy poprawiać. To są nasze lustra, w których powinniśmy się przeglądać, aby nie popaść w stagnację. W pogodzenie, w martwotę.
poniedziałek, 29 lipca 2013
Agnieszka Holland zawiodła prawicę
Agnieszka Holland zawiodła prawicę. Miała realizować film o Wojciechu Jaruzelskim. A tu nici, guzik, nic, null. Wybitna reżyserka nawet takiego projektu nie rozważała.
Portale wPolityce, niezalezna i im podobne, tyle przygotowały błota. Okazuje się nadaremno. Miało być fajnie po polsku, jak to w naszym grajdole bywa.
I słusznie. Kto nie bohater po naszej stronie, to należy przed jego domem manifestować. Z Holland jest kłopot, bo dom posiada we Francji, istniała nadzieja dla członków Klubu Gazety Polskiej, że wybiorą się do Francji, jak na Węgry zbiorowo się ewakuują do Orbana i pod oknami artystki zamanifestują. Wszak może jakiś udany spicz spłodzić Ziemkiewicz, Wildstein, aby mogły go przedrukować wszystkie słuszne portale.
Nie wiem, czy pocieszenie znajdą, aby manifestować pod oknami Bogusława Lindy, który w tym nierozważanym projekcie miał grać wrażego generała, a który powinien gnić w kazamatach.
Posadzić Lindę, zamiast Jaruzelskiego. Surogat? A co, sztuka się liczy. Publicystyczny IPN przecież może mu znaleźć role Maurera w "Psach".
Jeszcze istnieją okna domostwa Daniela Olbrychskiego. Nie wiem, w jakiej roli miał być obsadzony w filmie Holland, o którym reżyserka nie wiedziała. Można się domyślać, że zafajdanego Czesława Kiszczaka miał odtwarzać.
Prawica nie powinna się załamywać, że tak ohydnie zachowała się Holland, nie chce realizować filmu. Zaś amunicja prawicowa - błoto - to uniwersalna i ponadczasowa broń, nie zardzewieje w arsenałach niezaleznej i wPolityce.
O, nie - bohaterowie nasi, Sakiewicze, Karnowscy, Ziemkiewicze. Do dzieła!
środa, 3 kwietnia 2013
czwartek, 27 grudnia 2012
Szykuje się wielki gniot o Smoleńsku
Reżyser dojrzewającego patriotycznego hitu "Smoleńsk" Antoni Krauze na łamach "Gościa Niedzielnego" (dalibóg, co za to pismo poświęcone kulturze) wyraża żal do Mariana Opani, że dał się wciągnąć w aferę medialną i odmówił zagrania roli Lecha Kaczyńskiego.
Czy Krauze już dojrzał do roli Stanisława Barei III RP? Na to wygląda. A nawet wygląda, że jest owocem IV RP, a poznaję to po jego retorycznych kulfonach. Bo co znaczy jego stwierdzenie: "Polacy nie dają się tak łatwo podzielić"?
Smoleńsk właśnie doskonale podzielił naród na przynajmniej dwie nierówne części. A jeszcze rzeknę dokładniej: jedna z tych części została oddzielona od rozumu, stało się tak za przyczyną polityków i dziennikarzy, którzy usługują im w tej czynności rozdzielenia. I dla tej (mniejszej części) Bareja IV RP realizuje film.
Wg Krauzego prawda nas zjednoczyła, a tą prawdą była żałoba manifestowana w pierwszych dniach po katastrofie na Krakowskim Przedmieściu. Czyli krótko pisząc, Polaków empatia do ofiar i ich rodzin była prawdziwa.
Podzieliło nas kłamstwo o przyczynach katastrofy. Bareja zna zawartość kłamstwa, nie zna prawdy o przyczynach. Oto podstawowy kulfon Krauzego Barei.
Co to za stwierdzenie reżysera: "Nie ma innego logicznego wytłumaczenia tego, co wydarzyło się w Smoleńsku 10 kwietnia 2010 roku niż fakt, że doszło do zamachu"?
Ba, reżyser na końcu realizacji filmu chce zrekonstruować ostatnie chwile na pokładzie Tu-154M, ale czeka na dalsze ujawnienie nowych faktów.
Niedawno Krauze mówił, że w filmie o zamachu może paść tylko jedno słowo, ale i tego nie jest pewien. Dzisiaj twierdzi zupełnie inaczej. "Udział Rosja w katastrofie, bierny albo czynny, jest ewidentny".
Silnie podkreśla udział Polaków: "Poza tym kilka osobistości, które miały lecieć z prezydentem, wycofało się w ostatniej chwili. Na przykład Klubu Parlamentarny PO miał reprezentować m.in. Grzegorz Schetyna, a poleciał za niego Sebastian Karpiniuk".
Nawet Antoni Macierewicz tak nie określił personalnie odpowiedzialnych za "zbrodnię niesłychaną". Do Donalda Tuska dorzucamy Grzegorza Schetynę. Plus oczywiście "biernie albo czynnie" Władimira Putina.
Taka jest wiedza Barei IV RP. Krauze będzie realizował film realistyczny, a że nie ma żadnych talentów Louisa Bunuela, ani Woody Allena, ani Andrzeja Wajdy, a scenariusz pisze Marcin Wolski, to ten hit patriotyczny będzie kitem.
Przy takich retorycznych kulfonach Krauzemu wyjdzie Wielki Gniot.
środa, 28 listopada 2012
Scenariusz "Smoleńska" - propozycja
Daniel Olbrychski przyznał, że zagrałby w "Smoleńsku", gdyby film nie odbiegał od idei szekspirowskiej, nie był wciskaniem kitu do głów widowni. Zagrałby nawet Antoniego Macierewicza.
Wyobrażam sobie taki film, choć Antoni Krauze już podał schemat fabuły - scenariusza jeszcze nie znamy - iż będzie zbudowana podobnie, jak Andrzeja Wajdy "Człowiek z marmuru", w którym główną bohaterką była dziennikarka. Podejrzewam, że z Ewy Stankiewicz zrobi kogoś na kształt Matki Polki i do tego dziewicę. Patrioci ten schemat przyjmą z aplauzem.
A jednak marzy mi się Olbrychski jako Macierewicz i to szekspirowski. Policmajster PiS mógłby być - bo jest - kimś w rodzaju Falstaffa (w polskiej literaturze odpowiednikiem jest Zagłoba), który mityzuje każdy swój czyn.
Falstaff, czy też Onufry Macierewicz, byłby narratorem i jego wypowiedzi winna spinać, jak w schemacie Krauzego, katastrofa smoleńska. Macierewicz czekający na przyjazd kolumny prezydenckiej oczekiwał swojego Henryka IV w Katyniu. Gdy dowiedział się o katastrofie tupolewa, wziął nogi za pas i czmychnął z Rosji, gdyż jego umysł uruchomił odwieczną obawę patriotów: Rosjanie wszystkich Polaków będą mordować.
Podobnie uczyniłby szekspirowski Falstaff, a potem by opowiadał o swoim bohaterstwie, iż udał się na miejsce zgliszcz tupolewa, zanim pojawiły się rosyjskie służby ratunkowe i już zaczął dochodzić prawdy o zamachu. Falstaff wyolbrzymiał swoje zasługi, a wrogowie z każdym zdaniem się podwajali.
Czyż nie jest tak z naszym Onufrym Macierewiczem. Jego działalność w sejmowej komisji ds. zbrodni Tuska i Putina to wynajdywanie i wymyślanie kolejnych teorii spiskowych i zamachowych. Podobnie jak Sherlock Holmes przymierza teorię i bada, czy pasuje do znanych faktów. Jakiś czas teoria żyje w narodzie pisowskim i pozapisowskim, jest odrzucana przez krytykę. Macierewicz następnie wymyśla kolejną, która jest zdecydowanie lepsza od poprzedniej. Kuratorem teorii Macierewicza jest następca Henryka IV, Henryk V, czyli w realiach polskich Jarosław Kaczyński.
Ostatnia teoria o dwóch wybuchach tak się Henrykowi V spodobała, iż w języku szekspirowskim wykrzyknął "zbrodnia niesłychana" (no, mickiewiczowskim).
Ten schemat fabularny z Onufry Macierewiczem o wiele bardziej przystaje do wiedzy o katastrofie smoleńskiej, niż zapożyczenie z Wajdy, ze Stankiewicz w roli dochodzącej prawdy. Taka fabuła nie wydaje się zbyt nośna dramaturgicznie i może być dla świata mało uniwersalna. Macierewicza jako Falstaffa odczytają wszyscy na świecie, a na pewno na obszarze języka angielskiego. Przecież o to chodzi, wszak mógłby pojawić się wątek z Macierewiczem i Anną Fotygą (kumoszka z Windsoru), którzy zabiegali w USA o powołanie komisji międzynarodowej. Krauze powinien uświadomić swoich sponsorów politycznych, iż w proponowanym przeze mnie schemacie fabularnym dużo łatwiej o najwyższe laury artystyczne, myślę o Oscarze, a także polityczne cele (komisja międzynarodowa).
Ten schemat "Smoleńska" podaję Krauzemu pod rozwagę. Proszę pamiętać o moim copyright. Nie zapominać o Olbrychskim, który mógłby zagrać rolę Onufrego Macierewicza.
czwartek, 11 października 2012
Hucpa pod Wiedniem
Wchodzi na ekrany superprodukcja jankesów "Bitwa pod Wiedniem". O naszym jednym z nielicznych zwycięstw w historii. Wiktoria pod Wiedniem zmieniła los Europy (dokładnie utrzymała status quo), a tym samym świata, bo wówczas Stary Kontynent dyktował losy globu.
Film ponoć nie jest najlepszy, zbiera kiepskie recenzje. Ale jak się widzi poniższy obrazek, to nie należy się temu dziwić.
Nie jest to rzecz jasna Jan III Sobieski. Podkreślone w filmie szczególnie jest zwycięstwo chrześcijaństwa nad islamem, który wówczas miał zupełnie inną twarz niż dzisiaj.
Jeżeli prawdą jest, że film to kaszana, to jeszcze raz okazuje się, że nie mamy szczęście do promocji naszego kraju i historii.
Już nazywany ten film jest "Kac Vienna". Trailer też nie jest najlepszy, widać w nim sztuczność efektów specjalnych. Hucpa.
No. ale kurna tyle razy dostawaliśmy w dziejach po tyłku, że może przełkniemy kiepską realizację, a dowartościujemy narodowe ego, bo ostatnia ma się ono słabo, by nie napisać, że leży i kwiczy.
piątek, 14 września 2012
"W drodze" Kerouca sfilmowana - brawo!
Wspaniała powieść - "W drodze". Dokument pokolenia beatników, pokolenia już nieżyjącego. A przecież powieść Jacka Kerouaca ukazała się u nas nie tak dawno. Bardzo spóźniona.
Rzecz o wiecznym, uniwersalnym buncie. Podwaliny wszystkich współczesnych ruchów młodych ludzi, przewrotów obyczajowych, świeżego powietrza wpuszczanego w zatęchłe społeczeństwo.
"W drodze" zostało sfilmowane. Oby film nie okazał się kiczem. Dzisiaj polska premiera.
Subskrybuj:
Posty (Atom)


















